Sekcja szybowcowa AW-M jest najstarsza, i jak w większości polskich aeroklubów, największa sekcja specjalnościowa. Trzeba jednak przyznać, że powojenne szybownictwo jako takie narodziło się na Warmii i Mazurach nie w Olsztynie, a w Ządzborku - dzisiejszym Mrągowie, znanym z corocznego Piknik Country. Wykorzystano bowiem, istniejąca jeszcze przed wojną, bazę poniemiecką tworząc Szkołę Szybowcową Departamentu Lotnictwa Cywilnego, i tam właśnie wiosna roku 1946 wielu naszych późniejszych członków rozpoczynało szkolenie, latajac po "strzałach" z lin gumowych nad jeziorem Czos. W podolsztyńskiej wsi Dajtki, będącej obecnie dzielnicą miasta, gdzie ma siedzibę Warmińsko-Mazurski szybowce pojawiy się na wiosnę 1947 roku, kiedy to na stan Aeroklubu Olsztyńskiego (bo tak się wtedy nazywał) przyjęto pierwsze szybowce: pochodzące z poniemieckiego "odzysku" śsgegi czyli SG-38 oraz Grunau Baby przemianowane później na Jeżyki. Własnym sumptem przetransportowali je członkowie aeroklubu, przy pomocy pracowników Oddziału Lotnictwa Cywilnego Wydziału Komunikacji Urzędu Wojewódzkiego Mazurskiego. Pierwsze loty wykonywano za wyciagarką, choć aeroklub dysponował już Papajami (czyli rosyjskimi zdemobilizowanymi Po-2) i Piperami Cub (dla odmiany podarunkiem od Wuja Sama). Instruktorem szybowcowym był w tych trudnych poczatkach Józef Stankiewicz. W 1948 roku rozegrano pierwsze zawody: jeszcze nie przelotowe, a na celność lądowania, ale była to niewątpliwa frajda dla mieszkaców Olsztyna.
Mocno sfatygowane (przedwojenne w końcu) szybowce zastapił nowy sprzęt. Do klubów zaczęy napływać ABC-aki, Salamandry 49, treningowe Muchy-terki, wyczynowe Jaskółki, Czaple i Bociany. Przestarzałe metody szkolenia nie pozwalały na rozwinięcie skrzydeł modym zapaleńcom - mnóstwo czasu wymagało opanowanie pilotażu uczonego przy pomocy "szurów" na jednomiejscowym ABC, szkolne dwumiejscówki pojawiły się dopiero w latach 50-tych, toteż dopiero w 1953 roku uzyskano pierwszą Srebrną Odznakę Szybowcową (nr 649) - jej zdobywcą był Marian Kwiecień. Potem już poszło łatwiej. Kilkunastu utalentowanych młodych pilotów rozkręciło wyczyn, pojawiy się Złote Odznaki Szybowcowe (pierwsza - nr 114 - dla A. Olsztyńskiego zdobył w 1955 roku Jarosław Rębowski, druga - nr 122 - tu ciekawostka, znany chyba wszystkim Eugeniusz Pieniążek), i wreszcie w 1959 roku Diamentowa (nr 47) autorstwa Tadeusza Farsewicza do której 500-tka, zresztą pierwsza wykonana z naszego lotniska, do tego na Bocianie, zakończyła się sensacyjnie lądowaniem nie pod czeską granicą, ale w NRD... Rozwinęła skrzydła "silna grupa pod wezwaniem" a do najlepszych pilotów tamtego okresu należeli, oprócz Farsewicza, także Eugeniusz Fuchs, Mirosław Królikowski (późniejszy mistrz Polski z 1967 roku, reprezentant kraju na Szybowcowe Mistrzostwa Świata Leszno '68), Jerzy Śnitko, Andrzej Drebit, Włodzimierz Przybyła, Henryk Ścisłowski. Do etapu wyczynowego latania zaczęły docierać także panie - pierwszą Srebrną zdobywa znana obecnie dziennikarka zwiazana z lotnictwem, Aniela Kisielewska-Staryszak. Pierwsza "babska" Złota Odznaka Szybowcowa została zdobyta jednak dopiero w 1988 , a w dwa lata później jej właścicielka, Ola Pieczkin, dołączyła do niej komplet diamentów. Aleksandra Pieczkin-Lisowska to dzisiaj Pani Kapitan lotowskiego ATR-a. Lata siedemdziesiąte to okres zastoju: asekuranctwo kierownictwa, niechęć do "wychylania się z szeregu" powodowały,że nie wykorzystano w pełni potencjału jakim byli ludzie i wyczynowy sprzęt. Z opowiadań weteranów wiemy, że bardzo wiele zachodu kosztowało osiagnięcie takich wyników jak w dniu 22 sierpnia 1976 kiedy padły trzy diamentowe 500-tki, dwie 300-tki i cztery przeloty do Srebrnej. Wiele cierpliwości i podchodów wymagało "namówienie do grzechu" ówczesnego szefa Wyszkolenia - Wiesława Moczulskiego. Anegdotycznie brzmią dzisiaj opowieści o chmurach zbyt rzadkich lub za gęstych do latania...
Prawdziwa wojnę stoczono w 1977 roku o wprowadzenie "foto" jako metody kontroli przelotów, i wielkim sukcesem były Całoroczne Klubowe Zawody Szybowcowe rozgrywane od tego czasu w oparciu o regulamin Memoriału Bittnera, bardzo nakręcajace wyczyn. Ale takie były realia, i mimo wszystko podziwiać należy Olka Gulbinowicza, Sylwina Mydlaka, Wacława Płotkę, Grzegorza Walczaka, Zbigniewa Terejlisa i Krzysztofa Łuniewskiego (wicemistrza Polski Juniorów z roku 1981) - wyczynowych pilotów stanowiących wzór dla modzieży, która pojawia się później i sprawia, że o Olsztynie stało się głośno w Polsce. Na lepsze zmieniło się dopiero w połowie lat 80-tych, gdy Szefem Wyszkolenia został Leszek Koścień. Do kadry juniorów zakwalifikowali się Jarosław Nowacki, Jarosław Bobin i Ola Pieczkin. Wykorzystywano do szkolenia i latania na przeloty wszystkie pogody, co zaowocowało dobrymi wynikami w Mistrzostwach Polski Juniorów. Wysokowyczynowe Jantary umożliwiły wymianę wielu wiekowych (pochodzących jeszcze z lat 60-tych) klubowych rekordów prędkościowych i odległościowych. Z bardzo dobrymi perspektywami weszliśmy w lata 90-te. W międzyczasie zmieniy się realia sportowego latania: aerokluby stały się samodzielne, i co gorsza samofinansujace się. Pojawiła się konieczność utrzymania całej infrastruktury, kadry, sprzętu i przede wszystkim wprowadzenia opłat za latanie.... Palącym problemem stał się brak wyciągarki umożliwiającej tanie szkolenie podstawowe, ale udało się go dość szybko rozwiazać: aeroklub zakupił w 1992 roku nowoczesny prototyp czterobębnowej mieleckiej wyciagarki wraz ze ściągarką. Po poczatkowej, bolesnej dla większości, "kuracji wstrzasowej" przestawiliśmy się na nowy sposób myślenia i bardziej efektywne latanie. Okazało się, że równiez bardziej efektowne: od 1992 roku "na pudle" Szybowcowych Mistrzostw Polski Juniorów nie brakuje naszych pilotów.
Sławek Błocki (vel Niedewiede), Grzegorz Hyrkowski (alias Kołek), Arkadiusz Downar (nie wiedzieć czemu Gruby) to kilkukrotni zdobywcy wicemistrzowskich i mistrzowskich tytułów w klasach klubowej i standard. Bogdan Dorożko (Mały), Kołek i Gruby to reprezentanci Polski na szybowcowe Mistrzostwa Europy Juniorów, a Gruby w 1999 r. był siódmym zawodnikiem I Szybowcowych Mistrzostw Świata Juniorów. Nawiazana została współpraca z zagranicą, kilkakrotnie gościliśmy na naszym lotnisku szybowników z Niemiec. Latając z nimi na przelotach stwierdziliśmy że "nie taki Niemiec straszny", skoro na gorszych szybowcach osiągaliśmy lepsze wyniki.... Jednak z zazdrością oglądaliśmy wyposażenie ich szybowców: komputery, GPS-y, czy choćby radiostacje...
Niestety zmiany w kierownictwie aeroklubu zaistniałe w połowie lat 90-tych nie wyszły na dobre naszej sekcji. Pojawily się pierwsze objawy "syndromu hamulcowego": zastój w szkoleniu, braki kadrowe, zanik entuzjazmu przy cakowitym braku poparcia dla wyczynowego latania... Choć trzeba przyznać, że jednocześnie dzięki dyrektorowi mieliśmy komfortową sytuację sprzętową: osiemnaście sprawnych szybowców (na dziewiętnaście będących na stanie), do tego do dyspozycji cztery holówki i wyciągarkę (choć brakuje nam wyciągarkowych). Nie brakuje nam jednak dobrych pomysłów i chęci więc liczymy, że pokonamy chwilowe, miejmy nadzieję, trudności i w niedługim czasie rozwiniemy skrzydła, tym bardziej że wyszkoleniu pomaga wydatnie Leszek Kościen - dobry duch AW-M, którego bezsprzeczna zasługą były sukcesy lat 90-tych. Co by przecież nie mówić, LATANIE JEST PIĘKNE....
przekonania się o czym
Życzy Zarząd Sekcji Szybowcowej AW-M.