Sobota……wreszcie, można wstać wcześnie rano, wypić kawę i…….pojechać na lotnisko. Ostatecznie jest to dzień wolny od pracy, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że przy sprzyjającej pogodzie polatam sobie na szybowcu. A nawet jeśli nie, to popracuję sobie przy obsłudze lotów widokowych. Pierwszy rzut oka w stronę okna wyjaśnia wszystko lub prawie wszystko - prawdopodobieństwo pierwszej wersji zdarzeń jest bardzo małe. Chmury ciągną się nisko (jakieś 500 - 600 metrów) , a słońce pewnie gdzieś jest, tyle tylko że nie nad Olsztynem. Jak w książce - pogoda dla bogaczy ( w ostatnim losowaniu Toto nie wygrałem tych 12 milionów, zatem latanie w Australii mi nie grozi). Cóż jadę na lotnisko, popracuję, pogadam, może sam się „strzelę” na Puchaczu za wyciągarką. Zawsze to lepsze niż gapienie się w telewizor, czy tzw. latanie na kompie…… .
Na lotnisku jak to na lotnisku - wystawienie i umycie Puchacza, sprawdzenie spadochronów, łączności i na start. I tu znów działa stare polskie przysłowie (ponoć przysłowia są mądrością narodów) - biednemu wiatr zawsze w oczy - niestety. Na lotnisku oznacza to ni mniej ni więcej to, iż start zostanie wyłożony przez kierownika lotów w najdalszej części lotniska, a szybowce startować będą w kierunku jeziora Krzywego. Z całej naszej lotniskowej „paczki” z takiego obrotu sprawy cieszy się tylko nasz wyciągarkowy, czyli Sylwek Sieńkowski zwany popularnie „Czesterem”. Dla niego i jego „wehikułu” oznacza to bycie wśród ludzi (będzie stał sobie niedaleko ul. Lotniczej i zawsze znajdzie sobie „obiekt” do zainteresowania), dla nas jest to jednak tylko czekanie na chętnych do podniebnych wojaży.
Na starcie kierownik lotów jak zwykle rozdzielił zadania i mnie z racji na „wiek i poszanowanie” przypadło w udziale zadanie „ubierania” Gości w spadochron i „usadzania” w Puchaczu wraz z dopinaniem pasów. Mogło być gorzej, mogłem po prostu „trafić” na przepychanie szybowca po lotach na start.
Ale już idą piersi chętni. Z nimi nie powinno być problemów, bo oboje młodzi, wysportowani i na pierwszy rzut oka - raczej nie należą do bojaźliwych. Następuje wpisanie na listę pasażerów, czyli zgodnie z naszym prawem lotniskowym nasi Goście stają się „członkami stowarzyszonymi Aeroklubu Warmińsko - Mazurskiego”. Arek „Gruby” Downar nasz kierownik lotów zadaje pytanie:
- To co kto pierwszy?
I tu pierwsza konsternacja. Dziewczyna patrząc na chłopaka mówi:
- Może Ty Kochanie?
- Ja? - pyta z niedowierzaniem chłopak.
Słysząc ten dialog, postanawiam przyspieszyć decyzje i mówię:
- Jesteśmy w Polsce, a w Polsce panie zawsze mają pierwszeństwo. Zatem zapraszam Panią ze mną.
Chłopak patrzy na mnie z wdzięcznością, a dziewczyna nie ma wyjścia. Idzie ze mną powoli do szybowca, choć mogę się założyć, że nie myśli i o mnie i o swojej decyzji dotyczącej latania zbyt dobrze. Postanawiam Ją uspokoić i mówię:
- Poleci Pani z Januszem Bogdanowiczem, to ten Pan siedzący na tylnym siedzeniu szybowca. To doskonały pilot, instruktor i mój nauczyciel latania ( z tym nauczycielem nie do końca jest prawdą bo na podstawówce szkolił mnie Piotrek „Pepe” Puchalski, a Janusz uczył mnie termiki).
- I co? - Słyszę cichy głos - dobrze lata?
- Doskonale - odpowiadam.
Dochodzimy do szybowca, dziewczę mówi „dzień dobry” Janusz grzecznie odpowiada uśmiechając się przy tym rozbrajająco. Pomagam „przywdziać” spadochron i wejść do szybowca. Nachylam się i mówię uśmiechając się:
- Teraz przypnę Panią pasami. Gdybym to zrobił zbyt mocno proszę powiedzieć, dobrze?
Dziewczę kiwa głową, choć ja z kolei dałbym sobie moją uciąć, że nie bardzo wiem o czym mówię. Kontem oka widzę że chłopak robi zdjęcie za zdjęciem, więc odsuwam się i mówię:
- No proszę o uśmiech i spojrzenie na chłopaka. Zdjęcie za parę lat będzie jak znalazł. Pokaże je Pani dzieciom i opowie jak było cudownie.
Na te słowa, na twarzy wreszcie pojawia się uśmiech, więc wykorzystuje sytuację i mówię:
- To co? Zamykamy kabinę i chajda do góry? Janusz pokaże Pani kilka widoczków, jeśli Pani chce zrobić zdjęcia to trzeba wziąć aparat. Podać?
- Nie - słyszę w odpowiedzi. Zdjęcia zrobi Andrzej.
- Ok. Więc lecimy.
Zamykam kabinę i idę do skrzydła. Janusz podnosi rękę, ale widzę że usta mu się nie zamykają i cały czas gada. Ja podnoszę skrzydło - szybowiec ruszył i za chwilę już jest w powietrzu. Mam chwilkę więc podchodzę do Andrzeja.
- I co podoba się - pytam.
- Acha. On szybko leci?
Widzę że Janusz już się wczepił, więc wiem że mam parę minut.
- Teraz w granicach 80 kilometrów na godzinę. Ale na starcie ma przyspieszenie jak formuła pierwsza. Zresztą sam zobaczysz - mówię przechodząc na Ty.
- Słuchaj - mówi Andrzej - fajnie tak latać i bezpiecznie? O, a teraz co robi?
Patrzę i widzę, że Janusz pewnie znalazł jakiś kominek i kręci sobie kółeczka z wolna zyskując wysokość.
- Teraz centruje komin i stara się wznieść wyżej. Widzisz? Jest już wyżej niż był przed chwilką. A co do reszty. Powiem Ci tak. Mój kolega mawia - dobry Pan Bóg wymyślił mądrze trzy liczące się rzeczy - zimne piwo, szybownictwo i seks. My jeszcze dodajemy, że szybownictwo jest lepsze niż seks, bo przyjemność jest dłuższa, a niebezpieczeństwo znacznie mniejsze. Zresztą sam się za chwilkę przekonasz, dwie pierwsze rzeczy już znasz, a przyjemności latania szybowcem posmakujesz za chwilkę.
Po tych słowach, widząc że Janusz „robi górki” i trenuje ślizgi dodaję:
- Zobacz Twoja Dziewczyna już „smakuje” i z tego co „wyprawia” Janusz musiało Jej się to spodobać.
Andrzej bacznie obserwuje, robi zdjęcia i lekko uśmiecha się. Nagle zaniepokojony pyta - co się dzieje? Coś się stało?
- Nie, zaraz lądują. Janusz robi dość głęboki ślizg by wytracić wysokość. O zobacz już ma otwarte hamulce, widzisz? Przyziemił. No Andrzej szykuj się, teraz Twoja kolej.
Janusz jak to Janusz, wylądował prawie tak, że wystarczy tylko lekko poprawić kierunek i „zmienić” pasażera. Z daleka jednak widzę roześmianą twarz Dziewczyny i to że cały czas rozmawia z Januszem.
- Zobacz Andrzej, Twoja Dziewczyna jest zadowolona - mówię.
- Eluś, jak było? - pyta Andrzej.
- Andrzej cudownie!! Słuchaj trochę się bałam przy starcie , bo tak szybko i w ogóle, ale jakie widoki. Masz zrobić dużo zdjęć. Janusz lata świetnie, widziałeś jak robił „górki” i ślizgi? Widziałeś? I jak lecieliśmy bokiem przed lądowaniem? Mówię Ci, nie ma się czego obawiać, leć i pamiętaj, masz zrobić dużo zdjęć, bo inaczej dziewczyny mi nie uwierzą. Pamiętaj!
Słuchając tego wywodu uśmiechałem się lekko i pomagałem Andrzejowi ze spadochronem i wejściem do Puchacza. Elka cały czas „nadawała” i mówiła o konieczności robienia zdjęć. Ledwie ja zdążyłem zrobić jedno zdjęcie Andrzejowi w kabinie na ziemi, oddać mu aparat i już znów start. Jak zwykle zresztą bez zakłóceń. Wczepienie i swobodny lot. Jak zwykle Janusz troszkę „pokręcił” i widać było, że daje czas Andrzejowi na zrobienie paru fotek. W tym czasie Eluś „gapiła” się w niebo i na szczęście dla mnie…………milczała. Na szczęście dla mnie, bo sądząc po szybkości z jaką mogła zadawać pytania, ja po prostu mógłbym nie zdążyć z odpowiedzią.
- O widzi pani, to był tzw. „szybki wywrót” pewnie Janusz zamierza „przykosiaczyć”.
- Co to znaczy?
- Niech Pani patrzy.
Janusz rzeczywiście rozpędził Puchacza i na jakiś 20 metrach przeleciał nad startem. Zobaczyłem roześmianą „gębę” Andrzeja i jego machanie do Elki, a może do nas. Już za chwilę Janusz był w „czwartym” , otworzył hamulce i rozpoczął lądowanie. Po następnych paru sekundach szybowiec zatrzymał się na starcie tak jak gdyby nigdy i nigdzie się stąd nie ruszał. Podszedłem do Puchacza i usłyszałem śmiech Andrzeja i żartobliwą rozmowę z Januszem.
- No i jak było? Podobało się.
Andrzej spojrzał na mnie, zobaczył gdzie stoi „Eelcia” i powiedział:
- Wiesz miałeś rację, to jest lepsze niż seks. No i trwa zdecydowanie dłużej.
Roześmialiśmy się i podaliśmy Sobie rękę na dowidzenia, a kto wie może na dozobaczenia?
Pewnie jeszcze byśmy trochę pogadali we trójkę, ale już „na kwadracie” stał następny Gość chętny na latanie. Z jego miny widziałem że ………. ale, jak mówiłem wcześniej - przysłowia są mądrością narodów, więc - historia lubi się powtarzać.